donderdag 4 augustus 2011

Zobaczyłam światło więc przyszłam. Zadzwoniłam i otworzyłeś.
Nie przyszłam rozmawiać, nie przyszłam się kłócić,

nie przyszłam prowadzić odwiecznej wojny.
Ja przyszłam się kochać.
Mam już jeden nóż w plecach i nie ma tam miejsca na następne.
Odpada dylemat: kawa - herbata?
Przyszłam się kochać.
Zobaczyłam światło więc przyszłam. Zadzwoniłam i otworzyłeś.

Nie przyszłam rozmawiać. Nie przyszłam namawiać.
Nie przyszłam zbierać podpisów. Nie przyszłam pić wódki.
Ja przyszłam się kochać.


'Olifant' Świetlickiego, po kilku niewinnych zmianach formy osobowej.

dinsdag 29 juni 2010

Azalie kwitną, ja w upały wracam

Uwielbiam letnie noce. Wszystko się wtedy tak wycisza, powietrze jest przejrzyste i świeże. Dniami snuję się bez celu, piję mrożone kawy które dają ulgę od upału i energię tylko na chwilę. Tak naprawdę tylko czekam na noc, kiedy mózg znów zacznie mi pracować w normalnej temperaturze a za oknem ucichnie hałas lepiących się dzieci i spoconych od koszenia sąsiadów.

Odpoczywam po umysłowo wyczerpującej sesji i emocjonalnie męczącym pobycie mojego egzotycznego przyjaciela, który z prawidzwą pasją opowiada o nauce tanga (która tkwi w głowie, nie w stopach) i ze łzami w oczach o Małym Księciu. W wieku lat 28 zachował radość i ciekawość świata dziecka, ale też jak dziecko nie potrafi kryć żadnych swoich uczuć i otwarcie okazuje złość na świat, kiedy nie może dostać jakiejś zabawki.
Nie da się oszukać czasu, do czego on uparcie dąży. Ale nie mam serca mu o tym powiedzieć.
Właśnie obejrzałam prześwietny film "GranatowyPrawieCzarny". Choć momentami nieco pozbawiony rozsądku (którego jestem ostatnio, niebywałe, wielką fanką), to wciąż przepięknie ukazujący pewien schemat poszukiwania samego siebie i radzenia z czasem nietypowymi problemami. I, co najważniejsze, udziela jasnej odpowiedzi. Konsekwencje decyzji nie są ważne; niezależnie od nich była najlepsza.

Echhh, tak się kończy pisanie o filmie unikającjakichkolwiek spoilerów. Nie zrozumie tego nikt, kto nie widział filmu ;P

PS. Tytuł wpisu to jednocześnie tytuł tomiku poezji Mikołaja Konczalskiego. Chodził mi on po głowie od około 2 miesięcy, wpadł nagle na wykładzie z historii literatury (gdzie mi te myśli błądzą?) i dziś zupełnym przypadkiem trafiłam na tę małą i niepozorną książeczkę podczas porządków.

Lubię, jak rzeczy same mnie znajdują.


They were boys with their cars, summer jobs
Oh my God

Are you one of them?


Sufjan Stevens, John Wayne Gacy, Jr.

woensdag 19 mei 2010

Nie wiem jak zatytułować dobry humor.

A jest dobry, z kilku powodów.
Wymienię najważniejszy - otóż mój ukochany zespół, rozsiewający za każdym razem ciepło w moich trzewiach, wydał nową płytę! Nie zamieszczę nowego kawałka, bo dopiero słucham całości i jeszcze nie mam faworyta, ale dla nieznających ich największy 'przebój'. Band of horses budują niesamowity klimat ciepłem gitarowych brzmień i jakąś taką... delikatnością? Nie wiem jak to określić, ale ja bardzo jestem na ten nastrój podatna.



Poza tym wyspałam się, dowiedziałam się że bezproblemowo zaliczam jeden przedmiot i byłam na bardzo miłej kawie w Macu (kurczę, kawę mają naprawdę dobrą). I nie pada deszcz i można spacerować, pochmurnym bo pochmurnym, ale jednak wiosennym Poznaniem :-)

A teraz płodzenie 2 recenzji filmowych i tłumaczenie dziwnego artykułu o żarciu. Ale przynajmniej muzyka mi umili wieczór.

maandag 17 mei 2010

old spice, damn straight.

Od Dori, zabiło mnie dziś z ranka o 15 ^^



Chcę takiego Murzyna z OldSpice'em.
I nie chcę wracać do szarej rzeczywistości studiowania, za dobrze mi tu -.-

Popłynie wrzątek i pęknie serce.

oj oj. czwarta zaraz. kot łazi po klawiaturze, może to i dobrze, randomowy ciąg liter będzie miał większą głębię przekazu niż nocna mieszanka pomidorówki, upieczonej późnym wieczorem zebry, kima nowaka, a nie, to już flaming lips, no proszę, i prawieku. fajna książka, zaplusowała smaganiem cielska rzeki olchową gałęzią, no i wszystko przebije małego janka i jego chrząszcze-chrabąszcze, jakoś do mnie to nie przemawia, srsly. ja wiem, że to ważne, arcydzieło literatury niderlandzkiej zapewne, i tak dalej, ale chyba potraktuję to jak nuta, która właśnie umościła się na janku wygodnie i wylizuje sobie. nogę.
shake mik babe, frida i warhol, i już nic więcej się nie uchowało na ścianach. zniknęła nawet szatańska kupa z tablicy korkowej, wszystko przez nutę, która upodobała sobię fascynującą zabawę zdrapywania pinezek. oczywiście, każda kolejna kończyła pod łóżkiem/szafką/dywanem/równoległym wszechświatem, przecież koty tam bywają, co jakiś czas muszą zrobić wielką wyprawę po wszystkie zaginione zabawki z guzików, metek, agrafek i niezjadalnego jedzenia. do którego zaliczane jest teraz mięso, nad które przedkłada się podejrzanego pochodzenia mieszanki tesco. jedyne, w co w nich wierzę, to drżąca w paszczy mojego kota galareta. reszta to coś na kształt zmielonego papieru.

Gdy się nie wysypiam mam szczurzą twarz 
niebo jest czarne, nie ma na nim gwiazd
w poduszkach chowam chmury zamiast piór
kina i apteki wpadają mi do ust
i chodze przez sen, pracuje przez sen
setki kilometrów robię kiedy spie
biegne po dachach, przechodze przez drzwi
dziwne historie dzieją się gdy spisz
dużo tu tego kota, który nawet nie jest mój. ale w końcu z nim ostatnio dzielę łoże, myśli i talerz, więc może i słusznie.
C'mon sucker, lick mah battery!